Dla mnie brownie to po pierwsze balsam na wszelkie zło tego świata, bo uwielbiam czekoladę i wszystkie jej wariacje (oprócz białej, co to to nie!) i chyba nie ma nic lepszego i kojącego niż blacha (dobra, pół) czekoladowej dobroci na gorąco, prosto z pieca. Po drugie to jedyne ciasto, które jestem w stanie zrobić niemal z zamkniętymi oczami i zawsze będzie hitem wśród gości. Bo jako posiadaczka dwóch arcy lewych rąk, pieczenie obchodzę z daleka. Z brownie jest inaczej, bardziej na luzie, bo wiem, że nie musze się strasznie spinać, jeśli chodzi o proporcje, że nie muszę sprawdzać jakąś słomką, czy jest suche (cokolwiek to znaczy;-)), bo i tak da się je zjeść – któż bowiem powie NIE deserowi czekoladowemu?!;-) Jedyne, co mi w brownie przeszkadza, to zbyt duża ilość mąki, bo wtedy smakuje jak czekoladowa suchawa babka, a przecież nie o to tu chodzi. Moim zdaniem brownie musi być ciężkie i kruche, najlepiej orzechowe. Bratowa serwuje je z gałką (lub trzema) lodów waniliowych, ja za lodami nie przepadam, więc pomijam i sięgam po prostu po więcej brownie, ale wszelkie lody polecam! Do tego dobra książka lub miły film i mnie nie ma dla świata:-)

Przepis pochodzi z NYTimes’a, ma rewelacyjne oceny, więc to nie ja jestem stronnicza;-)
Można do mikstury dodać trochę kawy instant, brownies wtedy jeszcze lepiej smakują.
Ponoć są lepsze na drugi dzień – może i tak, choć u mnie po godzinie już połowy nie było;-)
PS Ja dodałam więcej orzechów, taka byłam odważna!;-) A, a po upieczeniu posypałam odrobiną gruboziarnistej soli, bo lubię słodko/słone!
Rozgrzewamy piekarnik do 175C.
W małym garnku na bardzo wolnym ogniu topimy masło, czekoladę oraz cukry. Studzimy.
W dużej misce rozbijamy trzepaczką jajka, dodajemy sól i ekstrakt waniliowy. Dodajemy wystudzoną miksturę czekoladową. Dodajemy mąkę, mieszamy krótko do jednolitości. Wsypujemy orzechy, zostawiając kilka na wierzch ciasta.
Wlewamy masę na blachę/do naczynia, posypujemy resztą orzechów.
Wkładamy do piekarnika. Pieczemy 35-40 minut, aż wierzch ciasta będzie błyszczący i zacznie pękać.
Studzimy. Ponoć brownies są lepsze na drugi dzień, ale kto by tam czekał – u nas za dużo wygłodzonej dziatwy, ze mną na czele;-)
Smacznego!
Petarda!!
Dziękuję!